Teoria autodestrukcji. Moje refleksje o „Zarazie” Ł.Moczydłowskiego

moczydłowski zaraza beksiński apokalipsa

Upadek cywilizacji i kres świata w obecnym kształcie, od dawna intrygują twórców kina i literatury. Myślenie o nadchodzącej apokalipsie funkcjonuje, jako rodzaj intelektualnej rozrywki. Jedni autorzy, jak Jean Raspail  (Obóz Świętych) straszą nas, że podzielimy los Rzymian, uginając się pod naporem barbarzyńców. Inni np. Aldous Huxley (Nowy Wspaniały Świat) przepowiadają, że rozwój technologii, doprowadzi do sytuacji, w której zawładną one człowiekiem do tego stopnia, iż utracimy własną kulturę, moralność i – co najgorsze – poczucie sensu i wartości życia.  Są też tacy, którzy podchodzą do tego tematu bardziej poważnie. Choćby amerykański socjolog Immanuel Wallerstein. Pamiętam z okresu studiów, jego książkę Koniec świata, jaki znamy. Autor zawarł w niej spekulacje na temat rychłego upadku międzynarodowego systemu finansowego i politycznego. Koniec globalizacji ma nastąpić dlatego, że wszystkie kraje świata, łącznie z najbiedniejszymi, są tak silnie ze sobą połączone, skomunikowane i  wzajemnie zależne, że nie da się na dłuższą metę utrzymywać ogromnych różnic ekonomicznych pomiędzy nimi.  I właśnie w tym towarzystwie, wśród wymienionych autorów, na mojej półce znajdzie się egzemplarz “Zarazy” debiutanckiej powieści Łukasza Moczydłowskiego. Ona również traktuje o odchodzeniu  w niebyt, znikaniu z mapy świata i kart historii.  

Nie jest łatwo podejść do tematu, o którym – jak wspomniałem – napisano już bardzo wiele. Oryginalność tej powieści, bierze się jednak z tego, że nie opowiada po raz kolejny o klęsce jakiegoś narodu, z perspektywy jego upadku ekonomicznego albo militarnej porażki. Książka dokumentuje upadek fikcyjnego królestwa Alanów, na skutek zbiorowego duchowego samobójstwa, absolutnej rezygnacji z woli walki. Czasem zdarza się, że ludzie nie mający siły na walkę z chorobą, decydują się na eutanazję. Tu w podobny sposób, niewyjaśniona i tajemnicza moc autodestrukcji dotyka praktycznie całą populację królestwa. Wykreowany przez Moczydłowskiego świat zaledwie ociera się o fantastykę, jako gatunek literacki. Nie znajdziemy w fabule smoków, magii ani budzących przerażenie potworów. Zamiast tego w pierwszych akapitach, autor oprowadza nas po krainie, zamieszkiwanej przez Alanów. Żyją w niej ludzie prawi i odważni, dumni ze swoich osiągnięć i tradycji, którym pośród dostatku czas płynie błogo i beztrosko. Idylliczny obraz od razu nasuwa skojarzenia do Pieśni o Sobótce Jana Kochanowskiego i przypomina o dworku w Soplicowie z Pana Tadeusza.  Choć Alanowie oraz ich świat, są produktem wyobraźni autora, to od razu dostrzeżemy w tym alegorię Polski i Europy. Moczydłowski zdecydował się na kapitalny zabieg literacki, polegający na pomieszaniu postaci historycznych, ludów i plemion z różnych epok. Hunowie, Tamerlan czy Asyryjczcy spotykają się w tym samym miejscu i czasie. Wojny toczą się przy użyciu nowoczesnych helikopterów, ale też szabel i łuków. W ten sposób uświadamia nam, że w historia to nie tylko martwy zbiór dat i encyklopedycznych faktów, lecz próba zrozumienia, iż pewne procesy powtarzają się, bądź wynikają jeden z drugiego. W osobach przywódców na przestrzeni dziejów, możemy przecież dostrzec podobne cechy, które jednym pozwalają osiągać wspaniałe zwycięstwa, a innych pchają ku upadkowi. Wiele wydarzeń pozornie ze sobą nie związanych, odległych w miejscu i czasie, może mieć wspólną przyczynę.

Alanowie podobnie jak my, mieszkają pomiędzy bogatym Zachodem, pełnym przykładów ludzkiego geniuszu i wspaniałych osiągnięć oraz Wschodem; groźnym, dzikim i  budzącym się z letargu. Należą jednocześnie do obu tych światów, choć do żadnego z nich w pełni. Są zawieszeni pomiędzy szacunkiem dla prawa i filozofii, ale drzemie w nich także wojownicza natura i skłonności do anarchii. Rzeczpospolitą nazywano dawniej przedmurzem chrześcijaństwa, w powieściowym królestwie mur oddzielający je od Wielkiej Równiny, zamieszkanej przez barbarzyńców istnieje naprawdę.  

Wspomniałem wcześniej, że fabuła książki tylko w minimalnym stopniu zawiera elementy fantastyczne. To nie do końca prawda. Wspomniane królestwo, będąc u szczytu swej potęgi, zaczyna chylić się ku gwałtownemu upadkowi. W zawrotnym tempie, jego mieszkańcy zostają, jeden po drugim, zainfekowani tytułową Zarazą. Moczydłowski charakteryzuje ją jako poczucie “bycia w matni” i niewytłumaczalną chęć “zniszczenia otaczającej ich rzeczywistości”. Autor poświęca temu zjawisku, osobny, zdecydowanie najlepszy, rozdział książki. Po jego przeczytaniu uświadomiłem sobie, że opisana w ten sposób Zaraza, jest właśnie elementem w stu procentach fantastycznym,  bardzo trudnym do przełożenia na realia naszego świata. Choć autor bogato przedstawia jej objawy, to nie tłumaczy do końca, czym tak naprawdę jest. Tajemnicza choroba łączy w sobie elementy stanów lękowych, depresji i paranoi  (czyli chorób znanych i opisanych przez medycynę), ze zjawiskami społecznymi, takimi jak anomia (patrz. E.Durkheim  Samobójstwo. Studium z socjologii), czyli załamanie się porządku społecznego, dezintegracja i upadek norm. Te pierwsze lekarze są w stanie  zdiagnozować, na podstawie objawów pacjenta, natomiast anomia jest niezauważalna gołym okiem. Trzeba przeanalizować powtarzalność zachowań tysięcy ludzi, całych zbiorowości, żeby zdać sobie sprawę z jej istnienia. Na Alanów spada plaga, będąca jakąś piekielną mieszanką obu tych porządków, choroba dotyka każdego z osobna i wszystkich razem.  Długo zastanawiałem się czy w dzisiejszym świecie istnieją terminy i kategorie, którymi można wytłumaczyć i opisać zarazę. W pewnym zakresie można ją porównać do grzechu, a raczej … utraty poczucia grzechu. To zjawisko, które dotyka wielu ludzi, także tych religijnych, których wiara została zredukowana do bezrefleksyjnych praktyk, wynikających z przyzwyczajenia. Bardzo wymownym elementem książki jest scena, w której główny bohater, walczący o swoje królestwo dociera do wiejskiego sanktuarium i spotka w nim prostych, niewykształconych ludzi. Ze zdziwieniem dostrzega, że są jedynymi niedotkniętymi tytułową chorobą. Dochodzi do wniosku, iż “Właśnie Ci prości ludzie pozostaną dziedzicami Zachodu Rodena, da Vinci, Michała Anioła, Velazqueza (..) w ich głowach i duszach przetrwał świat, który stworzył zachodnich geniuszy”.

Przeszło sto lat temu Teodor Jeske-Choiński napisał powieść Gasnące słońce. Sportretował w niej schyłek Imperium Rzymskiego, w czasach Marka Aureliusza. Dziś ta pozycja jest nieco zapomniana, ale w chwili wydania cieszyła się znaczną popularnością i doczekała licznych tłumaczeń. Przywołuje ją ponieważ w trakcie lektury, dostrzegłem wiele analogii pomiędzy losami rzymskiego patrycjatu, zmęczonego swoim bogatym i dostatnim życiem a historią Alanów, którzy również nie odnajdują własnej tożsamości i dążą do samounicestwienia.

Główną osią fabuły jest walka głównego bohatera i jego towarzyszy w obronie swojego królestwa. Przeszkadza mi w całej konstrukcji książki, uproszczony podział na dobrych i złych aktorów. Rzeczywistość jest przecież bardziej złożona. W życiu często bywa tak, iż najwięcej zależy od tych, którzy wahają się, koniunkturalnie zmieniają strony i przeplatają chwalebne uczynki z nikczemnymi. Moczydłowski kreując swoje postacie, osadza je w realiach konkretnego konfliktu politycznego. Nie chodzi tu o politykę, rozumianą jako bieżące sprawy i medialne przedwyborcze fajerwerki, lecz fundamentalny konflikt wartości. Liberalnie rozumiane: wolność, równość i braterstwo przeciwko porządkowi, prawu i tradycji. Widać, że autor ma spójny i rozbudowany światopogląd i przenosi go na powieściowe postacie. Z tego powodu, momentami rozwój akcji jest bardzo przewidywalny. Odniosłem wrażenie, że czytam rozbudowaną polityczną publicystykę, dla której literacka fikcja jest tylko i wyłącznie wygodną formą.  Miałem wrażenie, że o ile ta forma jest atrakcyjna, to wszystkie padające argumenty słyszałem już wielokrotnie. Wszystko to jednak zrekompensowano czytelnikowi w zaskakującym zakończeniu, którego oczywiście nie zdradzę.

Zarazę warto przeczytać także dlatego, że jest napisana bardzo dobrym, plastycznym językiem. Czasami słyszę, że jakaś książka jest dobrze napisana i szybko się ją czyta. Niestety na ogół wiąże się to  z ubogim słownictwem i tabloidową formą. Łukasz Moczydłowski nie traktuje swojego czytelnika jak klienta, raczej widzi w nim partnera do dyskusji. Niczego nie próbuje mu sprzedać, stara się zainteresować poprzez staranność w opisywaniu różnych detali, tej wymyślonej przez siebie alternatywnej rzeczywistości. Podobnie jak Zbigniew Herbert (Barbarzyńca w ogrodzie) zabiera nas na wycieczkę po autorskim muzeum europejskiej historii i kultury. Wszelkie dygresje, nie są męczące, nie myśli się o ich przekartkowaniu. Obojętnie czy autor pisze o broni, malarstwie czy nawet uprawie winorośli, robi to z szacunkiem dla inteligencji odbiorców, pokazując że aspiruje do tworzenia poważnej literatury, a nie rozrywki. Okładkę wypełnia obraz Zdzisława Beksińskiego, jak większosć jego prac również ta nie posiada tytułu. Przedstawia drzewo, samotnie stojące pośród jakiegoś bezdroża. Miesza się w nim ponurość z przerażeniem. Widać w tym klimat apokalipsy  i katastrofy, w którym tworzył ten malarz. Jeśli przyjrzymy się malunkowi dokładnie, dostrzeżemy, że na jednej z gałęzi siedzi mikroskopijnych rozmiarów człowiek. Można to rozumieć jako wyraz nadziei, że pomimo turbulencji jakie czekają nasz świat, jesteśmy w stanie przetrwać jako społeczeństwo, naród czy w ogóle cywilizacja.

Główny bohater powieści, bezimienny tak jak wspomniany obraz, przypomina mi swoim zachowaniem doktora Rieux z Dżumy (Albert Camus). Tak jak ten lekarz w czasie epidemii, on również będąc w beznadziejnej sytuacji, nie popada w histerię i wypełnia swoje obowiązki, choć walka zdaje się być pozbawiona sensu. Śledząc jego losy, konsekwentną i waleczną  postawę, opartą na wewnętrznej dyscyplinie i skromności,  zastanawiam czy na pewno kultura oparta na wartościach, praworządności i pięknie, jest na straconej pozycji w konfrontacji z barbarzyńcami? Czasem przegra jedną lub drugą bitwę, ale już nie całą wojnę.

Bakcyl dżumy nie umiera nigdy, a zewnętrzne i wewnętrzne niebezpieczeństwa zawsze będą towarzyszyć królestwu Alanów. Przyjdzie im stawiać czoło złu, jeszcze nie jeden  raz, nam również. O tym właśnie jest Zaraza.    

 

Karbala. Kino wojenne z prawdziwego zdarzenia

Screen Shot 2015-09-21 at 16.07.14

– Chłopaki tu przyjeżdżają, bo mają kredyty, a Tobie się w głowie pomieszało – mówi doświadczony żołnierz, do swojego brata, który właśnie dotarł na pierwszą misję. Czy gdyby tak było naprawdę, to trzydniowa obrona ratusza w Karbali przed szyickimi bojownikami zakończyłaby się sukcesem? 80 Polaków i Bułgarów stawiło skuteczny opór wobec przeważających sił irackich rebeliantów. Największa bitwa z udziałem polskich sił zbrojnych od czasu zakończenia II Wojny Światowej, przez kilka lat pozostawała utajona przed opinią publiczną. Film Krzysztofa Łukaszewicza definitywnie znosi tę klauzulę milczenia.    

Trzeba przyznać, że Karbala trafia do kin w najciekawszym możliwym momencie. Od południa Europy napływają setki tysięcy tych, którzy jedni nazywają uchodźcami, a inni najeźdźcami. Trudno uniknąć wątpliwości, ilu wśród nich jest radykałów, skłonnych do przemocy i terroryzmu. Przybywają nie tylko z pogrążonej w wewnętrznym konflikcie Syrii, ale też z Iraku, Afganistanu czy Libii, krajów ogarniętych chaosem i zdestabilizowanych na skutek wojen, w których sens wielu dziś powątpiewa.  Chcąc nie chcąc, reżyser przypomina nam, że niestety my Polacy również mamy swój udział w tej sytuacji. 

Tematyka wojenna, to najbardziej kulawa noga naszej kinematografii.  Swego czasu hitem stała się wypowiedź Jacka Braciaka, o tym że zamiast kręcić obrazy na światowym poziomie, mamy czołgi z kartonu i wiecznie wystraszonych aktorów. Dlatego Karbala jest dziełem tak wyczekiwanym. Wszyscy chcielibyśmy zobaczyć wysokobudżetowy film z porządną fabułą, najnowszym sprzetem wojskowym, który naszych żołnierzy przedstawia jako silnych, skutecznych a przede wszystkim zwycięskich. Nasze oczekiwania rosną, kiedy widzimy kolejne produkty amerykańskiej machiny propagandowej. W Hollywood wykazują bezwzględną lojalność na froncie kultury i  produkują kolejne kasowe hity, opowiadające o dzielnej walce swoich żołnierzy w Iraku i Afganistanie. Hurt Locker, Restrepo, Ocalony, Wróg numer jeden … nawet Clint Eastwood, czyli ktoś kto niczego nie musi udowadniać, wraca do gry i kręci – nominowanego do Oscara  – Snajpera (American Snipper).

Ale Karbala ma w sobie coś, czego próżno szukać w amerykańskim kinie wojennym. Kompletny brak fałszywego patosu. Oszczędzono widzom naiwnych historii o niesieniu wolności i demokracji na bliskim wschodzie, zamiast tego koncentrując się na kwestiach warsztatowych.  Dawno nie oglądałem filmu, który ma tak dobrze przemyślane tempo. W piłce nożnej coraz częściej mówi się o pojęciu arytmii gry. Klasowa drużyna dynamiczne akcje przeplata ze spokojnym rozgrywaniem piłki, co ma uśpić czujność przeciwnika. Tu jest podobnie. Soczyste sceny nocnej walki przechodzą w nerwowe okresy wyczekiwania na kolejny atak dżihadystów. Twórcom filmu udaje się świetnie grać napięciem i skutkiem tego, skóra cierpnie nam bardziej niż w czasie wymiany ognia. Kolejny plus to bardzo dobra główna rola, w wykonaniu Bartłomieja Topy. Ci którzy obawiali się, że odtwórca  policjantów i listonoszy nie da rady, pomylili się. Za to główny mankament, to przedstawienie irackich rebeliantów z Armii Mahdiego i Al-Kaidy, szturmujących ratusz. Pokazano ich jako niezorganizowaną chałastrę, atakującą bez pomysłu i wojskowego wyszkolenia. Momentami bardziej przypominają osiedlową chuligankę, niż regularnych bojowników.

Polski Kontyngent Wojskowy w Iraku kosztował Polskę 1,5 miliarda złotych, a przede wszystkim życie 22 żołnierzy. Karbala nie udzieli nam odpowiedzi na pytanie, w imię czego poniesiono tę ofiarę. Tej po prostu nie ma. Mimo to należy się cieszyć z klasowego filmu, dokumentującego odwagę naszego wojska i z drugiej strony pozbawionego politycznego bełkotu o dobrych jankesach walczących z terrorystami. Żołnierze sumiennie wykonują swoje rozkazy, choć mają wątpliwości co intencji przełożonych i sojuszników. Jestem przekonany, że kino wojenne w Polsce odtąd będzie dzielić się na czas przed i po Karbali, gdyż pod wieloma względami wyznacza ona nową jakość w polskiej kinematografii. 

Rany, które nie przestają krwawić

Marynarka, Mirosław Tomaszewski recenzja

W grudniu minie 45 lat od masakry robotników na Wybrzeżu, jednego z najbardziej haniebnych aktów w historii PRL. Niszczenie przez ówczesną władzę inteligencji, ziemian czy „kułakow” , oceniane przez nas negatywnie z perspektywy moralnej, najnormalniej wpisywało się w założenia marksistowsko-leninowskiej ideologii. W tym przypadku doszło jednak do ataku na najbardziej istotną dla komunistów  warstwę społeczną, czyli klasę robotniczą, pracowników wielkich zakładów przemysłowych. Do historii przeszło stwierdzenie współpracownika Gomułki – Zenona Kliszki, o tym, iż z kontrrewolucją się nie rozmawia, do kontrrewolucji się strzela. Nawiasem mówiąc był to typowy przykład psychologicznego wyparcia, władze PZPR nie chcąc przyjąć do wiadomości, że protesty mają podłoże społeczno-ekonomiczne i wynikają z podwyżek cen żywności, starały się przypisać strajkującym polityczne motywacje.

Z niezrozumiałych dla mnie powodów, temat Grudnia 70 jest niemal nieobecny w polskiej kulturze. Po epokowym Człowieku z żelaza Wajdy, dopiero Antoni Krauze w Czarnym Czwartku zdecydował się podjąć filmowej rekonstrukcji tamtych wydarzeń. Trzeba przyznać, że udało mu się zrealizować kawał solidnego kina. Głównie dzięki temu, że ponad popkulturowe fajerwerki przełożył prawdę historyczną i wykazał się starannością w ukazaniu autentycznej atmosfery tamtych dni i prawdziwego klimatu ulicznej bitwy pomiędzy stoczniowcami a wojskiem i milicją. I właśnie ta nieobecność  w kulturze, sprawiła że z dużym zainteresowaniem podszedłem do lektury Marynarki Mirosława Tomaszewskiego, powieści traktującej o losach sprawców i rodzinach ofiar. Książkę kupiłem w markecie na wyprzedaży, za cenę niższą niż paczka papierosów, ale to już temat na zupełnie inne rozważania.

Tytułowa marynarka nie jest nawiązaniem do wojennej floty i portowego charakteru Gdyni , lecz jedną z niewielu pamiątek jaka pozostała po zamordowanym ojcu Adamowi, głównemu bohaterowi. Wiedzie on żywot outsidera i podstarzałego punka, który zapomniał wydorośleć ze swoich młodzieńczych fascynacji.  Marynarka jest rekwizytem łączącym przeszłość z przyszłością. Zdobią ją ślady krwi i dziura po karabinowej kuli, wielka jak pustka życiowa Adama, który – co warto dodać – gra na gitarze w zespole o wymownej nazwie Amnezja. Na drugim biegunie w tym samym mieście, żyje stateczny biznesmen Karol Jarczewski. Wypisz wymaluj ikona systemowej transformacji po 1989 roku.  Z powodzeniem łączy sukcesy zawodowe z działalnością filantropa, opartą na konserwatywno – katolickim światopoglądzie.  Jak łatwo się domyśleć pod maską człowieka sukcesu, kryją się pilnie strzeżone przed światem upiory z przeszłości, poczucie winy i wstydu związane z dawnymi grzechami.

Trzeba przyznać, że powieść rozpoczyna się marnie i wymaga od czytelnika sporego kredytu cierpliwości. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron autor katuje nas czymś w rodzaju pamiętnika obu głównych bohaterów, szczegółowo opisując ich przyzwyczajenie, przemyślenia i sposoby spędzania wolnego czasu. Taki styl pisania bardzo mi nie odpowiada, uważam że należy oszczędnie kształtować sylwetki swoich postaci w miarę rozwoju akcji, pozostawiając nutę tajemniczości i niedopowiedzenia, tak aby czytający mógł uruchomić machinę własnej wyobraźni. Niedoścignionym mistrzem tego rodzaju narracji pozostaje dla mnie Marek Hłasko. Niemniej jednak po tym słabym początku, autorowi z czasem udaje się stworzyć ciekawą fabułę, w której opisuje działania na styku mediów, służb specjalnych i biznesu, rzucając cień na ich pozorną uczciwość i transparentność. Pod tym względem autor nakreśla rzeczywistość również dobrze jak Bugajski w „Układzie zamkniętym”. Co ważne, nie ulega żadnym wariackim teoriom spiskowym, lecz stara się nam pokazać co się dzieje, kiedy dochodzi do konfliktów wśród najbardziej wpływowych ludzi  w państwie, bezwzględnych i  zdeterminowanych do obrony swojej pozycji wszelkimi możliwymi sposobami.

Tomaszewski  słusznie zwraca nam uwagę, że morderstwo robotników nie jest jedynie faktem z podręcznika historii, czy datą do zapamiętania. Z jednej strony uzmysławia nam, że obok nas żyją bliscy ofiar, dla których czas zatrzymał się w momencie rodzinnej tragedii. Ich  ból po stracie najbliższych jest ciągle obecny, podsycany przez brak sprawiedliwości i bezkarność oprawców. Jednak co ważniejsze, wtajemniczając nas w psychikę sprawców autor udowadnia, że bardzo często nawet zdobycie wszystkich skarbów tego świata: pieniędzy, pozycji i zaszczytów nie gwarantuje nikomu spokoju sumienia.

Marynarka to bardzo mądra i odważna powieść, bardziej psychologiczna niż polityczna. Traktuje o traumie ofiar zbrodni, ale też co najciekawsze, pokazuje jakie brzemię noszą ich sprawcy. Mówi o tym, że rozgrzeszenie (nawet takie przed samym sobą) wymaga przyznania się do winy, żalu i przede wszystkim zadośćuczynienia. Szczypta polityki w tej książce, to refleksje o tym jak duża jest wartość informacji we współczesnym świecie. Dziś kiedy raz po raz powracają dyskusje o rozliczaniu PRL i odpowiedzialności za zbrodnie z tego okresu, dzięki tej lekturze widzimy, że sytuacja w której dostęp do akt i prawdy historycznej ma tylko wąską grupa ludzi, przypomina siadanie do pokerowego stołu z szulerem, grającym znaczonymi kartami.

 

Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów. O niesamowitym i zapomnianym Ossendowskim

Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów.

Antoni Ferdynand Ossendowski prowadził tak barwne i pełne przygód życie, że można bym nim obdzielić co najmniej kilka osób. Jego powieści w dwudziestoleciu międzywojennym cieszyły się ogromną popularnością, a w liczbie tłumaczeń na języki obce ustępuje jedynie Sienkiewiczowi. W latach PRL jego twórczość została całkowicie wyrugowana i zapomniana, przez co i dziś pozostaje raczej nieznany szerszemu gronu czytelników.

Spacerując ulicami warszawskiej Ochoty, u zbiegu ulic Grójeckiej i Niemcewicza, można natknąć się na pamiątkową tablicę poświęconą Ossendowskiemu. Napis na niej głosi: “W tym domu w latach okupacji mieszkał Antoni Ferdynand Ossendowski, pisarz, podróżnik”. Początkowo po słowach “pisarz i podróżnik”, znajdowało się także słowo “antykomunista”, ale to nie podobało się tamtejszej wspólnocie, która nakazała jego usunięcie. Cóż, widocznie nikt z lokatorów nie przeczytał jego książek.

Ucieczka Ossendowski mapa

W czasie rewolucji październikowej i rosyjskiej wojny domowej, pisarz zajmuje jednoznaczne antykomunistyczne stanowisko, będąc przez pewien czas doradcą admirała Kołczaka (polecam film Admirał), dowódcy wojsk białogwardyjskich. Po zwycięstwie bolszewików Ossendowski, jest poszukiwany przez czerezwyczajkę, czyli radziecka policję polityczną. Ta sytuacja zmusza go do powrotu do Polski, ale jedyną drogą możliwą do przebycia, okazuje się szlak w kierunku Pacyfiku, do któregoś z dalekowschodnich portów. I tak rozpoczyna wspaniała, wielotygodniowa wędrówka, przez Syberię, Mongolię i Chiny, w trakcie której nasz bohater pokonuje szereg niebezpieczeństw. Stała się ona kanwą książki “Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”, która przyniosła autorowi niesamowitą popularność. Co ciekawe pierwotnie ukazała się w Nowym Jorku (Beasts, Men and Gods), dopiero później przetłumaczono ją na język polski.

Dzięki odrobinie sprytu, szczęścia, ale także umiejętności językowych Ossendowskiemu udaje się wydostać z Rosji. W odradzającej się Mongolii się spotyka lokalnych książąt walczących niepodległość kraju z Chińczykami i bolszewikami. Poznaje najważniejszych dostojników, “żółtej wiary”, czyli lamaizmu, mongolskiej wersji buddyzmu. Przedziera się przez środkowschodnią Azje w iście westernowym stylu, grupa Sojotów (miejscowe plemię), która mu towarzyszy, co chwilę stacza potyczki z bolszewikami. Porusza się po terytorium ogarniętym totalnym chaosem, gdzie władza przechodzi z rąk do rąk.

Roman Ungern van Sternberg,

Najważniejsza postać, jaką autor spotyka na swojej drodze to Ungern von Sternberg, zwany krwawym baronem. Legendarny dowódca Azjatyckiej Dywizji Konnej, operujący na pograniczu rosyjsko-mongolskim mocno dał się we znaki przywódcom rewolucji październikowej. Dążył do stworzenia Wielkiej Mongolii, wyzwolił nawet tamte ziemię, pokonując Chińczyków. Stawiał sobie za cel atak na radziecką Rosję, niestety ekspedycja militarna na Zabajkale zakończyła się klęską. Ungern był człowiekiem bardzo charyzmatycznym, działającym na granicy szaleństwa. Czuł się wcieleniem Dżyngis-chana i obwołał buddyjskim bogiem wojny. Nigdy nie brał jeńców, przeciwników mordował i torturował w okrutny sposób, stąd jego przydomek. Do dziś zachowała się legenda, wedle której baron ukrył na stepie wspaniały skarb. Dzięki niemu planował sfinansować kolejną kampanię przeciwko bolszewikom. Tak wspomina go Ossendowski: (…) długo nie mogłem się pozbyć straszliwych wrażeń z dziewięciu dni, spędzonych w Urdze, gdzie codziennie spotykałem „szalonego Ungerna”, o którym przypominały mi dzienniki, szczegółowo opisujące krwawy pochód jego przez Syberię Wschodnią Nawet teraz, po upływie prawie dwóch lat, nie mogę zapomnieć tych nocy szaleństwa, natchnienia i nienawiści, spędzonych w jurcie potomka krzyżaków teutońskich.

Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów, to książka która od samego początku budziła ogromne kontrowersje. Autorowi wielokrotnie zarzucano nadmierne ubarwianie, konfabulację, kłamstwa oraz plagiatorstwo. W 1924 roku w Paryżu odbyła się specjalna konferencją naukowa na ten temat. Do pierwszego polskiego wydania (1923) dołączono posłowie, w którym znalazły się zastrzeżenia dotyczące autentyczności opisywanych w niej wydarzeń.

Ta książka jest jak święty Mikołaj, nawet jeśli nieprawdziwa, my i tak chcemy w to wierzyć. Aż dziwne, że jeszcze nikomu nie przyszło do głowy, aby zekranizować jego przygody. Mam nadzieję, że dojdzie do tego jak najszybciej, bo życie Ossendowskiego, to oscarowy scenariusz.

Portret młodego wojownika

portret młodego wojownika Marcin Białasek

Od kilku lat w Polsce trwa przywracanie pamięci o Żołnierzach Wyklętych. Zepchnięci przez peerelowską propagandę bohaterowie podziemia, powracają do naszej świadomości za sprawą wielu oddolnych inicjatyw, książek historycznych i kibicowskich opraw. Ta tendencja pojawia się również w kulturze. W ostatnim czasie powstało kilka ciekawych powieści, jak chociażby: Legion Cherezińskiej, Opowiem Ci o Wolności Holewińskiego czy Z cienia Reńcy. Dodatkowo trwa zamieszanie wokół filmu Historia Roja, który z powodu konfliktu reżysera z TVP nie został ukończony, nie trafił do kin i można go zobaczyć tylko na specjalnych pokazach w wersji roboczej. Już w marcu przyszłego roku spodziewana jest premiera Wyklętego w reżyserii Konrada Łęckiego. Ten film powstaje bez jakiegokolwiek wsparcia instytucji państwowych, wyłącznie za pieniądze pochodzące ze zbiórek i od sponsorów. Okazuje się, że na ślady pamięci o tych, którzy zbrojnie przeciwstawili się sowieckiej dominacji, natrafimy nie tylko w Polsce.

Legia Warszawa oprawa żołnierze wyklęci

W 2010 roku w Rumunii powstał film Portretul luptatorului la tinerete (Portret młodego wojownika). Można go było zobaczyć na Festiwalu Filmowy w Berlinie, ale niestety do polskiej dystrybucji nigdy nie trafił. Może dlatego, że w swoim kraju wywołał falę protestów lewicy i organizacji praw człowieka? Reżyser, Constantin Popescu Jr. z rozmachem stworzył, bardzo rozbudowany (150 min) i przekonujący obraz rumuńskiej partyzantki. Pokazał ludzi, którzy poświęcili swoje życia, kariery i rodziny, aby stawić opór nowej komunistycznej władzy. Główną osią filmu są losy Iona Gavrilă Ogoranu, przywódcy jednej z „leśnych band”, operującej na górzystym karpackim terenie. Wielu z Was za pewne zna historię Józefa Franczka „Lalka”, ostatniego wyklętego, który ukrywał się przed bezpieką aż do 1963 roku. Ogoranu dał się złapać dopiero w 1976 roku, ukrywając się przez ponad 29 lat od czasu rozbicia jego grupy! Choć wcześniej zaocznie skazano go na karę śmierci, więzienie opuścił już po 6 miesiącach, ponieważ jego „przestępstwa” uległy przedawnieniu. Umarł w 2006 jako wolny człowiek.

Ogoranu

Powojenne losy Polski i Rumunii są niemal bliźniacze, zajęcie kraju przez Armię Czerwoną, utrata części terytorium na rzecz ZSRR, sfałszowane wybory, kolektywizacja rolnictwa, wreszcie stalinowski terror. To wszystko musiało wywołać opór. W całym kraju powstało kilkadziesiąt grup partyzanckich, które likwidowały działaczy komunistycznych, konfidentów i oficerów bezpieki. Dzięki dużemu wsparciu lokalnej ludności, ostatnie z oddziałów prowadziły realną walkę jeszcze w latach 60. Wielu z żołnierzy liczyło na rychły wybuch wojny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim. Jednym z takich oddziałów był dowodzony, przez Ogornanu Carpatin Făgăraşan. Historycy szacują, że liczył sobie w szczytowym okresie 200 osób. Najdłużej funkcjonującą grupa antykomunistycznego oporu nosiła nazwę Haiducii Muscelului, została rozbita przez Securitate, czyli rumuńską bezpiekę, dopiero w 1961 roku.

Film o żołnierzach wyklętych

Portret… to przede wszystkim film o niezłomności i poświęceniu. Jego bohaterowie toczą walkę, która zdaje się być z góry skazana na przegraną. Swoją uwagę koncentrują na uniknięciu zasadzki i aresztowania, znacznie częściej przychodzi im się bronić, niż atakują. Temat rumuńskiego ruchu oporu znam bardzo powierzchownie, zatem nie mogę ze stuprocentową pewnością stwierdzić, że film w detalach wiernie odpowiada rzeczywistości. Nie jestem w stanie powiedzieć, że używana broń czy metody walki wyglądają na ekranie tak jak70 lat temu w karpackich lasach, ale z drugiej strony widać, że twórcom tego filmu zależało na tym, aby to wszystko wiernie oddać. Podoba mi się również duży realizm charakterologiczny wśród bohaterów, reżyser unika patosu, bardzo często pokazuje ich strach i bezsilność. Dzięki temu ich heroizm staje się dla widza o wiele bardziej przekonujący, niż gdyby podrasowano ich w hollywoodzkim stylu Wraz z rozwojem fabuły zaczynamy sobie zadawać pytanie, w jaki celu Ci ludzie podejmują swoją beznadziejną walkę? Znamy dobrze ten dylemat, w naszym kraju często dyskutuje się nad istotą i sensem Powstania Warszawskiego czy walką Żołnierzy Wyklętych. Popularna jest opinia, że te wydarzenia były bezsensowne, ale ich uczestnikom za męstwo i bohaterstwo należy się cześć i chwała. Constatin Popescu zdaje się polemizować z tą „bezsensownością”, jeden z młodych wojowników wypowiada zdanie, które jest najlepszą puentą całego filmu:

Wiesz dlaczego tu jestem? Bo wiem, że przyjdzie taki moment, kiedy nasz kraj będzie wolny i mój syn zapyta mnie.
– Tato, gdzie Ty byłeś w tamtych czasach ? Co robiłeś?
I co mam mu wtedy odpowiedzieć?

ps. Film z angielskimi napisami można znaleźć na Youtubie

Rosyjski układ zamknięty. O Lewiatanie Zwiagincewa

„Nie ma mu równego na ziemi, uczyniono go nieustraszonym: Każde mocne zwierzę się lęka jego, króla wszystkich stworzeń” Księga Hioba 40:25 – 41:26

lewiatan

Legendarny starotestamentowy potwór, wynurzający się z morskiej głębiny, porywający statki i ludzi. Obdarzony pancerzem tak twardym, że nie przebije go żelazo. Jedni utożsamiali go z wielorybem, inni z ogromnym krokodylem. Wcielenie diabelskiej mocy i wyobrażenie szatana, gdyż jego paszcza stanowi wrota piekła . To lewiatan. Tomasz Hobbes w swoim traktacie filozoficznym, wykorzystał go jako metaforyczną figurę, aby opisać władzę, która strzeże obywateli przed wszelkim niebezpieczeństwem i wojną. Tym razem Lewiatan powraca, jako symbol okrutnych i despotycznych rządów, w najbardziej pesymistycznym filmie ostatnich lat.

Aleksander Zwiagincew to jeden z najlepszych współczesnych reżyserów rosyjskich. Jego poprzednie filmy odbiły się szerokim echem nie tylko w Rosji, ale i na całym świecie. Na mnie szczególnie wrażenie wywarł „Powrót”, przedstawiający historię ojca powracającego do rodziny po kilkunastu latach rozłąki, próbującego na nowo ułożyć relację ze swoimi synami. Lubię jego filmy za to, że zachowują zdrową równowagę pomiędzy hollywódzką sieczką a często spotykaną w europejskim kinie, pseudoegzystencjalną nudą i dłużyzną. Chociaż obfitują w przepiękne kadry i ujęcia, to nigdy nie są przerostem formy nad treścią.

Wracając do Lewiatana … W ostatnich miesiącach media często karmiły nas obrazami Rosji imperialnej, która dzięki pieniądzom z wydobycia surowców, odbudowuje swoją gospodarczą i militarną potęgę. Rozdaje karty, dzieli i rządzi. Ten film jest przeciwwagą dla takiego postrzegania, ponieważ bardzo dokładnie pokazuje, że jest to kolos na glinianych nogach. Reżyser przedstawia nam koszmar rozpadającego się państwa i społeczeństwa. Bardziej oddziałuje na widza obrazem niż słowem, dlatego w tym filmie piękne nadmorskie krajobrazy kontrastują z na wpół wymarłym prowincjonalnym miastem, pełnym zrujnowanych budynków, zniszczonych dróg i mostów. Na tych rosyjskich zgliszczach sprawuje władzę urzędnicza kasta, która twardą ręką podporządkowująca sobie ludzi posłusznych i bezradnych. Ci ludzie mają smutne, pozbawione nadziei twarze. Jedyne co łączy władzę ze społeczeństwem to picie, bo piją na umór wszyscy, rządzący i rządzeni, kobiety i mężczyźni, starzy i młodzi.

Główny bohater Kola, tak jak biblijny Hiob cierpliwie znosi kolejne życiowe klęski i upokorzenia. Bezskutecznie próbuje przeciwstawić się lokalnej administracji, która chce odebrać mu skromny, ale pięknie i malowniczo położony dom. Pomimo iż racja oraz prawo są po jego stronie, kolejne wyroki skorumpowanych sądów przybliżają go do nieuchronnej utraty ziemi, którą od dziesiątek zamieszkuje jego rodzina. Jego historia w oczywisty sposób, przypomina nam sytuację opowiedzianą w „Układzie zamknięty” Bugajskiego, Kola staje się ofiarą urzędniczej szajki, która w swoich gabinetach, obmyśla coraz to inne sposoby upokorzenia zwykłego obywatela. Na to wszystko patrzy z portretu spokojnym i łagodnym wzrokiem Władimir Putin.

Trochę na drugim planie, na tle całej historii, toczą się rozważania religijne o związkach wiary i polityki. – Pamiętaj, że wszelka władza od Boga pochodzi i jeśli taka będzie jego wola, bądź spokojny, Ty będziesz ją sprawował. Te słowa mer miasta i lokalny oligarcha, kilkukrotnie słyszy z ust swojego przyjaciela, prawosławnego biskupa. Od razu pojawi się pytanie, skoro reżyser pokazuje nam sojusz cerkwi i władzy, to dlaczego tytułuje to wszystko imieniem diabła (Lewiatana)? Film jest pełen nawiązań do sytuacji Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, która od wielu lat jest zinfiltrowana przez służby bezpieczeństwa (kiedyś KGB, dziś FSB) i bezgranicznie wiernopoddańcza wobec kremlowskiej władzy, zarówno komunistycznej jak i putinowskiej. Dlatego znaczna część społeczeństwa postrzega ją narzędzie indoktrynacji . Tych odniesień biblijnych i metafor religijnych jest w Lewiatanie bardzo dużo, niestety nie sposób ich rozszyfrować, nie zdradzając szczegółów fabuły.

W jednym z wywiadów reżyser przyznał, że inspiracją do nakręcenia Lewiatana, stały się zmiany w rosyjskim społeczeństwie po upadku ZSRR. Upadek więzi społecznych, rodzinnych czy sąsiedzkich. Wydaje się, i taki według mnie jest też przekaz Lewiatana, że to właśnie jest powodem poczucia bezradności Rosjan wobec władzy, która korzystając z osamotnienia i bierności ludzi, poczyna sobie bezczelnie i zuchwale, tak jakby nic poza boską siłą nie było w stanie jej obalić.

Pierwsza myśl jaka przychodzi do głowy, gdy pojawiają się końcowe napisy, to wątpliwość, czy to wszystko jest prawdą. Film Zwiagincewa jest przejmujący i przekonujący, lecz trudny do zweryfikowania. Nie wiemy jakie ta fikcyjna historia znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości i rosyjskiej codzienności. Zastanawiam się, czy ten obraz nie jest trochę odpowiednikiem naszego Dnia Świra, filmu w którym Koterski popadł w tak daleki absurd i skrajność, że przesłanie staje się bełkotem. Dodatkowo sytuację komplikuje fakt, że produkcja była współfinansowana przez rosyjskie Ministerstwo Kultury. Władze państwowe wydają pieniądze na film, który ukazuje kraj w tak krytyczny sposób? Cóż, przyjęło się u nas powiedzenie, o tym że Rosja to nie kraj, ale stan umysłu. Dlatego, nie do końca widzę sens w próbie zrozumienia tego, co widzimy w Lewiatanie. Pozostaje nam jedynie wierzyć lub nie wierzyć, że tak jest naprawdę.

John Steinbeck – Grona gniewu. Amerykańska walka o ogień

Grona gniewu Steinbeck recenzja Marcin Białasek blog

Route 66 to droga – matka. Matka wszystkich, którzy uciekają w nieznane, podróżują do lepszego świata, zostawiając za sobą całe dotychczasowe życie. Wybudowana w 1926 roku trasa łącząca Chicago z Los Angeles, to chyba najbardziej obecny w kulturze i popkulturze szlak komunikacyjny. Śpiewali o nim Nat King Cole, The Rolling Stones i Depeche Mode. Dziś jest już tylko atrakcją turystyczną, ale wcześniej odegrała w amerykańskiej historii szczególną rolę, dając szansę milionom ludzi na ratunek od biedy, braku pracy i głodu, szansę na dostanie się nad Pacyfik, do mlekiem i miodem płynącej krainy, zwanej Kalifornią.

Wielki Exodus na zachodnie wybrzeże

Kilka lat po otwarciu drogi USA nawiedza wielki kryzys gospodarczy. Tysiące ludzi tracą pracę i dom. Środkowe stany muszą mierzyć się nie tylko z klęską gospodarczą, ale też z okrutnym żywiołem i katastrofą ekologiczną. Na początku lat trzydziestych na wielkich równinach szaleją bezwodne piaskowe burze tzw. dustery. Nadmierna eksploatacja ziemi i susza powodują tworzenie ogromnych chmur pyłu i piasku. Dustery zabijają zapadających na pylicę farmerów i niszczą miliony hektarów ziemi, która po przejściu takiej burzy nie nadaje się do dalszej uprawy, zmieniając się w nieurodzajną pustynię. Wiele rodzin zostaje zmuszonych do natychmiastowej emigracji. Pakują resztki swojego dobytku na rozpadające się samochody i ruszają na zachód w poszukiwaniu pracy i nowego miejsca do życia.

grona gniewu OKLADKA Marcin Białasek blogHistorię jednej z takich rodzin opisał John Steinbeck w powieści Grona Gniewu. Pochodząca z Oklahomy familia Joad’ów, traci swoje gospodarstwo. Kolejne lata nieurodzaju, niszczenie upraw przez dustery wpędzają ich w długi. W końcu bank odbiera im cały dobytek, dom i ziemię. Nie mając nic do stracenia, kupują za ostatnie pieniądze stara półciężarówkę i wyruszają przez Route 66 w drogę do lepszego życia, do Kalifornii. Tam na miejscu ich marzenia o dostatnim życiu zostają brutalnie zweryfikowane. Miejscowi traktują ich z pogardą i nienawiścią. Joad’om i wielu im podobnym, przypada rola obywateli najniższej kategorii, niemal ciągle bezrobotnych pariasów, tylko dorywczo pracujących za najniższe, ciągle obniżane stawki. Tacy właśnie ludzie żyjący z dnia na dzień w namiotach i szałasach są zbiorowym bohaterem tej powieści. W pierwszej chwili bogactwo, urodzaj i piękny kalifornijski krajobraz zachwyca ich jak tak bardzo, że czują się jakby dotarli do ziemi obiecanej, jakby złapali Pana Boga za nogi. Szybko jednak przekonują się, że pracują tylko na cudze bogactwo, z którego nie mogą korzystać. Wszystkie te doświadczenia odciskają swoje piętno na rodzinie, wcześniej szczęśliwej i pogodnej, teraz trapionej śmiercią kolejnych członków i osłabianiem wewnętrznych więzów.

Literatura z najwyższej półki

Klasykę prawdziwej literatury poznajemy po jej ponadczasowości. Chociaż akcja Gron gniewu rozgrywa się w latach trzydziestych ma zachodnim brzegu USA, jak ulał pasuje do sytuacji wielu naszych rodaków. Tych którzy uciekają przed biedą i bezrobociem do Anglii, Holandii czy Niemiec. Nie mając innego wyboru podejmują się najgorzej opłacanych zajęć, który rozleniwieni dobrobytem mieszkańcy tych krajów, po prostu nie chcą wykonywać. Steinbeck przedstawia trudny los emigranta, oderwanego od swojej ojczyzny, ziemi czy rodziny, który zawsze jest pełen przeszkód niezależnie od miejsca i czasu. Pokazuje, że emigrant to ktoś skłonny do ryzyka, pełen energii, zapału do pracy i wiary w lepsze jutro, jednocześnie odporny na najgorsze niepowodzenia i przeciwności losu.

Za tę powieść Steinbeck otrzymał Nagrodę Pulitzera w 1940 roku i także po części dzięki niej, otrzymał literacką Nagrodę Nobla. Nie wszystkim się jednak ona podobała. Władze w niektórych miastach zakazywały jej wydawania i sprzedaży, doszło także do demonstracyjnego palenia egzemplarzy książki, autorowi zarzucano kłamstwa. Steinbeck był bardzo skrupulatnym obserwatorem, w celu napisania Gron gniewu zamieszkał na pewien czas w obozie napływowych robotników rolnych, a także przebył z nimi całą drogę z Oklahomy do Kalifornii. Dzięki temu udało mu się stworzyć realistyczny obraz jednego z najważniejszych i najtrudniejszych momentów w dziejach Ameryki i ukazać determinację ludzi walczących o przetrwanie. Rodzina Joadów i jej rozpad symbolizują sytuację w jakiej znalazł się wówczas cały naród, poddany ciężkiej próbie. Ciekawe czy obecny kryzys gospodarczy znajdzie w literaturze swoje odzwierciedlenie takiego formatu jak powieść Johna Steinbecka?

Jack Strong: Ryszard Kukliński non-fiction

„Musiałem wybrać: służyć narodowi czy Czerwonemu Imperium.”

jackstrong marcin białasek blog

Nie przypuszczałem, że po absolutnej kompromitacji Pasikowskiego w Pokłosiu, zobaczę jeszcze kiedykolwiek jego inny film. Na całe szczęście nie przysięgałem tego pod groźbą obcięcia ręki, bo tak jak Cezary Pazura w “Chłopaki nie płaczą”, bym teraz nie miał ręki. Musiałem przeprosić się z twórczością wspomnianego reżysera. Trudno bowiem przegapić obraz poświęcony pułkownikowi Ryszardowi Kuklińskiemu, postaci która jak mało kto budzi tak wiele kontrowersji, skrajnych ocen i niekończących się sporów. Jack Strong” zachęca do obejrzenia także znakomitym trailerem, godnym niejednej hollywódzkiej produkcji sensacyjnej i faktem, że odtwórcą głównej roli jest Marcin Dorociński.

Twórcy filmu stają po stronie tytułowego bohatera, z drugiej strony trzeba przyznać, iż mimo pewnych uproszczeń dość rzetelnie przedstawiają jego losy, co sprawia że każdy z widzów ma możliwość wyrobienia sobie własnego zdania. Osobiście nigdy nie uważałem pułkownika Kuklińskiego za zdrajcę, jeśli coś należałoby mu zarzucić to raczej wcześniejszą wierną służbę PRL, przez kilkadziesiąt lat przed ucieczką z Polski. Z drugiej strony jego zwolennicy mają tendencję do przejaskrawiania roli historycznej jaką odegrał, czyniąc zeń człowieka, który w pojedynkę zatrzymał wybuch III Wojny Światowej. W „Jack’u Strong” również momentami spotykamy tego rodzaju patos, jednak trzeba przyznać, ze koniec końców całość broni się pod względem historycznym.

Oglądając film zastanawiałem się nad jednym z elementów charakteru głównego bohatera, który ciężko mi zweryfikować. W wielu scenach Kukliński, w prywatnych rozmowach z innymi oficerami, przedstawiony jest jako osoba zdystansowana wobec władzy radzieckiej i socjalizmu. Nie głosi radykalnych opinii, ale brzmią one dość odważnie w ustach człowieka, zajmującego ważnego stanowiska wojskowe i posiadającego dostęp do najbardziej strzeżonych tajemnic. Twórcy ukazują go jako osobę, która robi błyskotliwą karierę, lecz pozbawiona jest typowo karierowiczowskich cech, takich jak konformizm czy dwulicowość.

Jack Strong to dobre kino akcji, przewyższające o klasę inne polskie produkcje sensacyjne. Większość ról Rosjan i Amerykanów obsadzono native speakerami, co nie zawsze w naszej kinematografii jest normą, a powinno być. Dorociński po raz kolejny potwierdza, że miano najlepszego polskiego aktora nie jest w jego przypadku na wyrost. Nawet jeśli zdarzy mu się zagrać w słabszym filmie (np. Obława), to do jego kreacji nie można mieć żadnych zastrzeżeń. Kilka scen poświęconych jest Kuklińskiemu w końcowym etapie życia w USA i tutaj duże ukłony należą się charakteryzatorom, którzy uczynili odtwórcę głównej roli podobnym do sześćdziesięcioletniego pułkownika niczym dwie krople wody. Jedyny słabszy technicznie element filmu, to scena pościgu na warszawskich ulicach, która najdelikatniej mówiąc jest raczej zabawna niż dramatyczna i elektryzująca.

Dwa najpoważniejsze zarzuty, jakie mam po seansie, tyczą się drugoplanowych wątków fabuły. Jestem rozczarowany zdawkowym potraktowaniem wątku tajemniczej śmierci obu synów Kuklińskiego w latach 90. Trudno oczekiwać, aby twórcy rozwikłali tę zagadkę, można było jednak lepiej przedstawić kontekst całej sprawy. Po drugie, nie podoba mi się sposób w jaki przedstawiono generała Wojciecha Jaruzelskiego. Pokazano go jako łagodnie usposobioną osobę, która wybuch stanu wojennego traktowała jako ostateczność i znajdowała się pod ekstremalną presją radzieckich kręgów wojskowych. Po wtóre mimo, iż kilkukrotnie pojawia się wątek maskary robotników na wybrzeżu w 1970 roku i padają wprost pytania o odpowiedzialność za nią, Jaruzelski ani razu nie jest wymieniany jako winny śmierci protestujących stoczniowców.

Cóż, trzeba uczciwe przyznać, że Pasikowski nakręcił jeden z lepszych i ważniejszych filmów historyczno-politycznych ostatnich lat. Przedstawił trudne losy Ryszarda Kuklińskiego w sposób odpowiedzialny i atrakcyjny dla widza, a przecież nie łatwo przyspieszyć bicie serca publiczności, historią którą wszyscy znają. Trzeba się z tego cieszyć, szczególnie mając na uwadze listę słabych filmów na motywach z historii Polski, jakie się nam przydarzyły w ostatnim czasie. Na pewno jeszcze długo po premierze będzie się w Polsce o Kuklińskim dyskutować, a stare podziały odżyją na nowo. Nie wszyscy zaakceptują wizerunek szpiega jako szlachetnego i odważnego ideowca, skłonnego poświęcić własny dobrobyt dla swojej Ojczyzny. Tym niemniej Jack Strong przenosi całą debatę na bardziej cywilizowany poziom.

Wyścig / Rush. Perfekcjonista kontra wariat

wyścig rush formuła1 Marcin Białasek blog

Kiedy na plakacie widzisz napis “najlepszy film roku”, to wiesz już prawie na pewno, że możesz odpuścić sobie oglądanie. Okazuje się jednak, iż nawet od tej reguły zdarzają się wyjątki. Jednym z nich okazał się “Wyścig”, opowiadający losy rywalizacji dwóch znakomitych kierowców wyścigowych Nikkiego Laudy i Jamesa Hunta.

Formuła 1 i wyścigi samochodowe nie należą do ulubionych tematów filmowców, producentów i reżyserów. Szkoda bo kilka historii znakomicie nadaje się do przeniesienia na duży ekran. O adaptację jednej z nich pokusił się Ron Howard, reżyser o dość ugruntowanej pozycji, zdobywca Oscara za “Piękny umysł”. Według mnie najlepszym filmem w jego karierze był Frost/Nixon. Był lecz już nie jest, ale o tym za moment.

Starcie gigantów

W sezonie 1976 Lauda i Hunt stoczyli wspaniały pojedynek na torach F1. Brytyjczyk i Austriak rywalizowali niemal do ostatniej sekundy ostatniego wyścigu i trzeba dodać, że było w tej rywalizacji wszystko co tylko możliwe: pościgi, wypadki, dyskwalifikacje i pogodowe anomalie. Walka toczyła się nie tylko na torze, ale i poza nim. Jest to historia sama w sobie tak dramatyczna i niesamowita, że wielu fanów F1 na samą informację o powstaniu filmu zareagowało słowami: żeby tylko tego nie zepsuli!

Główną osią filmu są różnice między bohaterami, różnice pod każdym względem z wyjątkiem tego jednego, że obaj prezentują piekielnie szybką jazdę. Na pole position Nikki Lauda, Austriak z pochodzenia, mentalnie stereotypowy Niemiec. Perfekcjonista w każdym calu, skoncentrowany tylko i wyłącznie na osiągnięciu założonego celu, poprzez ciężką pracę i szereg wyrzeczeń. Analityczny chłodny umysł, który nawet ryzyko śmierci na torze wyraża w procentach. Obok niego James Hunt. Charyzmatyczny i przebojowy, typ urodzonego zwycięzcy ze skłonnością do podejmowania każdego ryzyka. Poza torem dusza towarzystwa i playboy, choć tutaj uwaga: twórcy Wyścigu sportretowali go jako nieco bardziej ułożonego i stonowanego niż w rzeczywistości!

Dobre kino pod każdym względem

Akcja filmu jest naprawdę intensywna, sceny na torze są realistyczne i dynamiczne. Trzeba też docenić dobre aktorstwo, w przypadku dwóch najważniejszych kreacji (Daniel Bruhl i Chris Hemsworth). Autorzy scenariusza nie zniekształcili w żaden sposób oryginalnej historii, o czym można przeczytać w obszernym opracowaniu na wykop.pl. Poza tym mamy tu do czynienia z rzadkim przypadkiem, kiedy w kinie udaje się połączyć dobrą rozrywkę z opowiedzeniem wartościowej historii.

Wyścig to bardzo starannie wykonany film o prawdziwej rywalizacji, niesamowitych emocjach i kontroli nad nimi, o trudach radzenia sobie ze sławą i popularnością. To także film o sportowym i pozasportowym mistrzostwie, który pokazuje, że drogi do jego osiągnięcia mogą być różne. Według mnie Howard nakręcił jeden z najlepszych filmów w 2013 roku i na pewno najlepszy w swoim dorobku, który szczerze polecam. Mam też nadzieję, że tak jak w przypadku Laudy i Hunta, gdzie nieustanna konkurencja działa na nich pozytywnie, motywuje i pozwala im się rozwijać, również w kinematografii znajdą się chętni do rywalizacji z Howardem i doczekamy się podobnych produkcji na wysokim poziomie.

Dzienniki kołymskie. Przez kraj złota, wódki i łagrów.

„Stalin kazał budować drogę między Jakuckiem i Magadanem. Dwa tysiące kilometrów przez tajgę i wieczną zmarzlinę. Zaczęli budować jednocześnie z obu końców. Przychodziło lato, roztopy, zmarzlina puszczała, ziemia podchodziła wodą, zmieniała się w trzęsawisko, droga tonęła. Razem z drogą tonęli więźniowie, którzy przy niej pracowali. Stalin kazał zaczynać od nowa. Ale skończyło się tak samo. Więc kazał jeszcze raz. Te drogi nigdy się nie spotkały, a ich budowniczowie może spotkali się w niebie.”
Ryszard Kapuściński, Imperium

dzienniki kołymskie Marcin Białasek blog

„Dzienniki kołymskie” to klasyczny reportaż z dalekiej podróży. Jacek Hugo-Bader przemierza autostopem, liczący dwa tysiące kilometrów Trakt Kołymski. Podróżuje z Magadanu do Jakucka. Trasę tę nazywa się także “drogą kości”, gdyż wielu spośród budujących ją więźniów, zmarło w trakcie budowy z wycieńczenia. Autor na północno-wschodnich krańcach Rosji spotyka ludzi, którzy najczęściej przy wódce, otwierają się przed nim i opowiadają o realiach swojego życia na tym biegunie mrozu i zła. Mowią o sowieckich łagrach, o awariach samochodów przy 50 stopniowym mrozie, o niedźwiedziach zabijających ludzi albo złotych samorodkach, znajdowanych wśród dzikiej tajgi. Wielu z nich to potomkowie dawnych “zeków”*, którym nawet po odbyciu kary nie pozwalano na powrót do domu. Inspirację do tej podróży stanowią losy Warłama Szałamowa, autora “Opowiadań kołymskich”, który w łagrach spędził szesnaście lat.

Łagry na końcu świata

Nie wiele jest miejsc na świecie tak przerażających i fascynujących jednocześnie, jak Kołyma. Kraina niezniszczonej przez człowieka pięknej przyrody i nieprzebranych bogactw naturalnych: rudy wszelkich metali, wolframu, ropy naftowej, węgla, platyny i złota. To właśnie za sprawą tego ostatniego Kołyma, zyskała swoje okrutne drugie oblicze.

Po odkryciu złóż złota na rozkaz Stalina utworzono przedsiębiorstwo górnicze Dalstroj. Podległa NKWD instytucja, stawiała sobie za cel eksploatację tamtejszych surowców, kosztem życia i zdrowia więźniów przymusowych obozów pracy. Trafić na Kołymę wcale nie było trudno, wystarczyło spóźnienie do pracy lub drobna kradzież w kołchozie. Trafiali tam też więźniowie polityczni,  pospolici kryminaliści i jeńcy wojenni. Pośród nich był również Ryszard Kaczorowski, późniejszy prezydent RP na uchodźstwie.  Pracowali w morderczych warunkach przy ekstremalnie mroźnej temperaturze. W pierwszych latach śmiertelność wśród więźniów gułagów wynosiła tu 80 procent. Szacuje się, że do 1957 roku życie straciło tam prawie 6 milionów ludzi.

O ludziach i przeszłości

Dzienniki Kołymskie

Dzienniki Kołymskie

W wielu miejscach książki autor oddaje głos swoim “paputczikom”. Paputiczk to rosyjskiego towarzysz podróży, bądź ktoś z kim jest nam w życiu po drodze. Są wśród nich byli więźniowie i ich rodziny, poszukiwacze złota, lokalni politycy i biznesmeni. Wiele miejsc, które odwiedza to na wpół wymarłe, wyludnione i zniszczone miasta, doszczętnie rozszabrowane, także takie w których mieszkają już tylko jedna czy dwie osoby. Postapokaliptyczny klimat świata bez teraźniejszości.

Jednym z ciekawszych momentów książki jest rozmowa z Nataszą Jeżową, przybraną córką Nikołaja Jeżowa, nazywanego krwawym karłem. Jako szef NKWD kierował terrorem w ostatnich etapie wielkiej czystki. W ciągu niespełna trzech lat “jeżowszczyzny”, zamordowano większą część politycznego i wojskowego kierownictwa ZSRR, wszystkich którzy mogli zagrozić panowaniu Stalina. Na mocy wydanego przez Jeżowa rozkazu o “likwidacji elementów antyradzieckich”, wydano ponad 700 tysięcy wyroków śmierci. Jak można się domyślić, koniec końców Jeżow sam popadł w niełaskę u Stalina i został rozstrzelany. Natasza po śmierci ojczyma została zabrana do domu dziecka i przez całe życie przyszło jej się mierzyć z piętnem córki zbrodniarza. Jej historia to ucieczka od rzeczywistości, ucieczka tak daleko, jak to tylko możliwe. Z tego powodu zamieszkała na Kołymie.

Opowieść całego reportażu rozgrywa się jakby na innej planecie, wyizolowanej pod każdym względem od reszty świata. Władza radziecka liczyła, że niedostępność tego regionu, sprawi iż informacje o gehennie więźniów gułagów nie przedostaną się na zewnątrz, nie zaburzą kreowanego wizerunku kraju szczęśliwych chłopów i robotników. Dopiero autorzy tacy jak Sołżenicyn, Szałamow czy Herling-Grudziński zniweczyli jej zamiar. Jacek Hugo-Bader w dzienniku z podróży postawił sobie za cel pisać o współczesności. Jednak niemal każdy z jego bohaterów i paputczików powracał do przeszłości, ponieważ jej ślady na Kołymie obecne są w każdym człowieku. Bezpośredni i prosty język, jakiego używa i autor i odrobina naszej wyobraźni pozwalają nam odbywać tę podróż razem z nim, siedzieć obok i słuchać z uwagą.

Jacek Hugo-Bader, Dzienniki kołymskie, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011, s. 320

* zek: więzień gułagu w Związku Radzieckim, skazany na roboty katorżnicze (słowo pochodzące od rosyjskiego wyrazu zakluczonnyj, zapisywanego skrótowo z/k)